Lech Wałęsa

GG: 1980

Ocena: 
9550
Wyślij prezent Wyślij kartkę Zadzwoń na GG

Prezenty


Lech Wałęsa o sobie

Skąd jestem

Miasto: Gdańsk
Kraj: Polska

Lech Wałęsa:

Działacz związkowy, polityk, prezydent Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-1995, laureat pokojowej Nagrody Nobla w 1983r. Doktor honoris causa kilkunastu uniwersytetów, m.in. Uniwersytetu Columbia, Uniwersytetu Katolickiego w Leuven, Uniwersytetu Harvarda, Uniwersytetu Gdańskiego. W latach 1961-1963 i 1965-1967 elektrotechnik w Państwowych Ośrodkach Maszynowych w Łochocinie, następnie w Leniach. Od 1967 elektryk w Stoczni Gdańskiej imienia W.I. Lenina.

moje tagi

Liczba wpisów: 1642
Pierwsza strona Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | ... Następna Ostatnia strona

Wystarczy około 5 pytań i odpowiedzi  7 godzin temu
 
 
W związku z nielogicznym  rozwojem zdarzeń w mojej rzekomo agenturalnej sprawie postanawiam publicznie wyjaśnić ten problem .
 
Należy się to mnie i każdemu kto , zechce się do tego wyjaśnienia tu włączyć  .
 
 
Żądam od IPN i historyków , którzy wypowiadali się w mojej sprawie , często osądzając ,czy sugerując  , by dostarczyli mi  ksero dokumenty do których podrabiania przyznała się dobrowolnie , na ochotnika esbecja .
 
 
Przyznała się w koncepcji rzekomego przedłużenia mojej wcześniejszej współpracy z SB .
 
 
Więc donosy i opisy jak rozumiem robione po roku 1976 .
 
 
Uwierzyliście im , że podrabiali .oni się też do tego przyznali no to pokarzcie ,które to dokumenty podrabiali , jak są podpisane i z jakimi datami są podrobione.
 
 
Po odpowiedzi z tymi dowodami pójdziemy dalej w kierunku publicznego otwartego osądu .
 
 
Czekam na dalszy ciąg do wyjaśnienia w tym miejscu do dwóch  tygodnie .
 
 
Nie pokonała mnie żywa Esbecja z tak wielkim zapleczem ,nie pokona mnie jej trup z obecnym zapleczem .
 
 
Już niedługo udowodniona publicznie prawda zwycięży .Zapraszam do współpracy w tej sprawie
 L .Wałęsa
 

Dokumenty są dopasowane przez zawodowców z SB .Sam piszesz w swoim gniocie że to robili przeciw mnie
To odpowiedz i udowodnij jakie dokumenty podrobili do których się przyznali .Pokaż je ,a ja Ci pokaże jak dałeś się załatwić albo …

Pierwsza strona Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | ... Następna Ostatnia strona

Opinie głosowe (0)

Opinie (3063)

Pierwsza strona Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | ... Następna Ostatnia strona
21 minut temu
nikt nam nie zabroni, wypowiadać się i przedstawiać prawdy o bolku czy to wam się podoba czy nie ZDRAJCY POLSKI.



Krzywonos potrzebna, by zakryć prawdę o Annie Walentynowicz

http://plockaprawica.net/images/news/Wyszkowski.jpg  źródło: fronda.pl

O „honorze” Henryki Krzywonos, TW Bolku i Polsce po 30 latach od powstania „Solidarności”- mówi Krzysztof Wyszkowski.


Fronda.pl: Henryka Krzywonos obroniła honor „Solidarności”?


Krzysztof Wyszkowski*: Trudno jest mówić o honorze Pani Henryki Krzywonos, którą znam osobiście i nawet dosyć lubię. Jednak, delikatnie mówiąc, jest to ostatni człowiek , który może wypowiadać się w sprawie honoru i godności solidarnościowej. Mam w pamięci pewien incydent z nią związany ze strajku w 1980 roku, który daje mi podstawy by odmawiać jej prawa do obrony honoru solidarności.


O jaki incydent chodzi?


W aktualnym wydaniu biuletynu IPN jest krótka notatka na temat pewnych okoliczności, które stawiają Panią Krzywonos wobec bardzo poważnych podejrzeń. I niech to Panu wystarczy.
Obrońcy jej wystąpienia przekonują , że jej wystąpienie, w którym zaatakowała Jarosława Kaczyńskiego nie było w ogóle polityczne a właśnie miało na celu obronę honoru „Solidarności”.

To jest zasadne w tym sensie, że Henia Krzywonos jest po prostu niemądrym człowiekiem. Może jest dobrą osobą. Opiekuje się dziećmi w założonym przez siebie domu dziecka. Bywałem w tym domu i naprawdę jej matkowanie tym dzieciom było wspaniałe. Jednak nie można tego mieszać z jej ostatnim wystąpieniem. Nie jest ona osobą niepolityczną. Pamiętam jak podczas jednego z naszych spotkań odebrała ona telefon od Jolanty Kwaśniewskiej. Kiedy zszokowany zapytałem ją czy utrzymuje kontakty z Kwaśniewską, ona odpowiedziała mi, że to jej serdeczna przyjaciółka i daje pieniądze na jej dom dziecka. Niestety Henia jest osobą, która wyznaje zasadę, że cel uświęca środki. Przedwczoraj Henryka Krzywonos popełniła rzeczy okropne i podłe. Ona dobrze wie kto w strajku w 1980 roku był ważny oraz kto decydował o nastrojach i kierunku rozwoju wydarzeń. Taką osobą była Anna Walentynowicz. Henia Krzywonos wynajęła się po prostu do odgrywania roli bohaterki Sierpnia 80. W ubiegłym roku została nawet okrzyczana kobietą XX lecia. Niewątpliwie ten tytuł bohaterki Polaków czasów najnowszych należy się takim ludziom jak Anna Walentynowicz. Natomiast Krzywonos - hałaśliwa, krzykliwa i agresywna kobieta została użyta jako narzędzie propagandy po to by zagłuszyć prawdę o prawdziwej bohaterce - Annie Walentynowicz.

Nie umniejsza Pan jej roli w strajku? To nieprawda, że zatrzymała tramwaj i tym samym dała sygnał do rozpoczęcia strajku pracowników gdańskiej komunikacji?

Henryka Krzywonos nie miała żadnej roli w tym strajku. Odsyłam do biuletynu IPN, gdzie jest podane dokładnie jak przebiegał ten strajk. Wiem o czym mówię bowiem znam bardzo dobrze Zenona Kwokę, człowieka, który prowadził ten strajk, który zresztą opublikował wspomnienia na ten temat. Krzywonos jest hałaśliwym, narzucającym się człowiekiem. Dlatego została przyjęta do MKS-u, ale nie spełniała tam żadnej istotnej roli.

A zatrzymanie tramwaju?  UWAGA<img class=" />!

Tramwaje zostały zatrzymane w zajezdniach tramwajowych. Ona go zatrzymała ponieważ nie było prądu w sieci.


Teraz po zaatakowaniu Jarosława Kaczyńskiego stała się wielką gwiazdą medialną.


Duża część decydentów w mediach polskich wywodzi się ze struktur komunistycznych. Na tym zbudowany jest cały system medialny w Polsce. W tej chwili te same siły przejmują telewizję publiczną. Wiarygodność propagandy, którą te media prezentują jest żadna. Nic dziwnego więc, że osoba atakująca Kaczyńskiego staje się gwiazdą medialną. Henryka Krzywonos zarzuciła Jarosławowi Kaczyńskiemu, że skłamał twierdząc na temat roli Lecha Kaczyńskiego w przebiegu strajku. Otóż Henryka spędzała w Stoczni sporo czasu, ale nie zawsze była w stanie, powiedzmy, rejestrować sytuację i musiałem nawet w takiej sprawie interweniować.

Również Lecha Wałęsa zarzucił Jarosławowi Kaczyńskiemu kłamstwo i zanegował jego przynależność do „Solidarności”. Natomiast jego zdaniem śp. Lecha Kaczyński był nic nie znaczącym doradcą podczas strajku i wykładał robotnikom komunistyczne prawo pracy ,które Wałęsa starał się obalić. Czy to jest pisanie historii na nowo?

W słowach Wałęsy jest tyle samo prawdy co w tym, że Lecha Wałęsa nie był tajnym współpracownikiem SB. Lech Kaczyński był wybitnym działaczem Wolnych Związków Zawodowych i był wybitnym uczestnikiem strajku sierpniowego. Wałęsa czy Bogdan Lis, którzy zaprzeczają, że Lech Kaczyński odgrywał ważną rolę w strajku po prostu kłamią. To jest obrzydliwe jak ludzie, którzy się związali z komunistami i zbudowali swoje kariery na współpracy z właścicielami PRL, dzisiaj fałszują historię. Byłem obecny podczas strajku dłużej niż Lis i wiem o roli Lecha Kaczyńskiego. Usiłowaliśmy nakłonić Mazowieckiego żeby przyjął go do komisji ekspertów. Mazowiecki się temu przeciwstawił twierdząc, że to jest zespół który się zna i mają już swoje uzgodnienia. On nie chciał człowieka od nas by nikt nie kontrolował ich od wewnątrz. Nie chcieli żadnego świadka negocjacji ze stroną rządową nie będącego z ich środowiska. Gdyby nie niespodziewany przyjazd doradców, inspirowany moim zdaniem przez SB, to Lecha Kaczyński byłby jednym z najważniejszym członków komisji. Jeden z agentów donosił zresztą SB, że ja zaproponowałem wcześniej powołanie komisji ekspertów w skład której miał wchodzić m.in. Bogdan Borusewicz czy Mariusz Muskat. Ten agent połączył jednak tę komisję z komisją Mazowieckiego. Ja jednak proponowałem powołanie komisji ekspertów spośród ludzi, którzy byli działaczami Wolnych Związków Zawodowych.

Wałęsa mówi dziś, że „Solidarność” powinna zwinąć sztandary i zajmować się problemami ludzi pracy pod szyldem np. „Solidność” . Czy „Solidarność’ jest dziś upolitycznionym związkiem zawodowym?

Na takie argumenty powinno się odpowiedzieć, że Lech Wałęsa powinien zmienić nazwisko na Lech Bolek. Współczesna Solidarność” ma wszystkie możliwe prawa do tego, żeby reprezentować dawną „Solidarność”. Jaki jest związek między Polską Mieszka I a Polską III RP? Uznajemy ciągłość państwa. Ta sama ciągłość obowiązuje „Solidarność”. A zarzut, że związek jest upolityczniony nie jest niczym nowym. Dziś mówi się, że popiera on PiS, ale gdyby związek popierał układ postkomunistyczny i szedł na pasku agentów oraz dochował wierności Okrągłemu Stołowi, Wałęsie, Bujakowi i wszystkim ludziom, którzy sprzedali związek i znaczki „Solidarności” na aukcji żony Kiszczaka to byłby chwalony. Wtedy byłby wspaniały i nie byłby rzecznikiem „nienawiści”. To co robi Wałęsa czy Tusk jest odrażające. Ten kto ich krytykuje i śmie narzekać na obecne rządy jest ich zdaniem rzecznikiem „nienawiści.” Zresztą te przypisywanie wszystkim dookoła nienawiści czy obsesji jest typowe dla komunistycznych specjalistów od psychoanaliz. Ten język psychiatrii używany do zniszczenia konkurentów politycznych jest znamienny.

Ale może wybuczenie Donalda Tuska przez związkowców było jednak przesadą?

Absolutnie nie! Ten człowiek powiedział rzecz odrażającą, wstrętną i podłą. Pamiętam Tuska jako młodego chłopca, którego traktowałem jak miłego człowieka, który dojrzewa świadomościowo i jego krytykę wobec polskości brałem jako niesforność i bunt typowy dla okresu dojrzewania. Myślałem jednak, że potem okrzepnie i do głosu dojdzie u niego zdrowy rozsądek. Zakładałem również w tym uczciwość i szlachetność a okazało się, że ten człowiek zakonserwował swoją małość i miałkość. Jego oskarżenia, że dzisiejsza „Solidarność” nie ma 10 milionów członków są obrzydliwe ponieważ on sam był po 89 roku rzecznikiem walki ze związkami zawodowymi.

Niektórzy jednak zwracają uwagę, że nie powinno się organizować takiej uroczystości razem z działającym związkiem zawodowym, który ze swej natury, musi być w konflikcie z rządem. Może należało oddzielić historyczny związek od tego obecnego podczas uroczystości 30 lecia „Solidarności”?

A kto jest tym historycznym liderem? TW Bolek? TW Święty? Czy może gromada innych tajnych współpracowników oraz gromada oportunistów, którzy się utuczyli na układzie okrągłostołowym?

Czy można już dzisiaj legalnie nazywać Lecha Wałęsę TW Bolkiem?

Tak. To jest rzeczywista wartość tego procesu (gdański sąd odrzucił pozew Lecha Wałęsy przeciw Krzysztofowi Wyszkowskiemu, który w 2005 roku nazwał byłego prezydenta "Bolkiem”- przyp. Ł.A) i jego dorobek. Po 5 latach sąd oficjalnie i urzędowo orzekł, że stwierdzenie, iż Lecha Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie Bolek jest zgodne z prawdą. Wyrok jest dowodem rzetelności sędzi prowadzącej proces i sukcesem uczciwych historyków, takich jak dr Sławomir Cenckiewicz. Jest przełomowy bowiem jest błogosławieństwem dla wolności badań naukowych i wolności słowa pod rządami reesbekizacyjnych rządów Donalda Tuska. Sąd nie zajmował się tym czy Wałęsa był TW Bolkiem, ale tym czy moje słowa naruszają jego godność osobistą. Skoro sąd uznał, że nie naruszyłem dóbr osobistych Wałęsy to znaczy, że mówiłem prawdę.

Czy po 30 latach od powstania „Solidarności”, tych wszystkich kłótniach jakie obserwujemy od lat pomiędzy ludźmi związku oraz kształcie III RP, może Pan powiedzieć ,że warto było walczyć?

Mam 63 lata i wiem, że wybory życiowe nie są kwestią chłodnego rozumu. Takich wyborów dokonuje się pod wpływem emocji. To trochę jest tak jak z zakochaniem się. Przystępując do zorganizowanej działalności antykomunistycznej byłem pełen wiary w możliwość osiągnięcia dobra. To był trochę podobne do chrześcijańskiego niesienia prawdy między ludzi po to, by doprowadzić do wspólnego katharsis i wyzwolenia. Miłość do ojczyzny i troska o dobro własnego narodu napędzały nas wtedy. Teraz wiem, że byłem pijanym dzieckiem we mgle; biednym głupcem, który nie wiedział na co się porywa i z jakimi potęgami ma do czynienia. Jednak nie żałuję moich czynów. Zrobiłem całą masę błędów i okropnych głupstw. Mam poczucie wielkiej winy w stosunku do własnej Ojczyzny i Polaków. Rozpoznaje skalę własnej odpowiedzialności za nieszczęście, które na Polskę spadły w postaci np. mitu Lecha Wałęsy. Przyłożyłem rękę do wielu okropnych rzeczy, ale z drugiej strony mogę się tłumaczyć, że działałem w dobrej wierze. Chciałem dobrze.

Rozmawiał Łukasz Adamski

*Krzysztof Wyszkowski - współzałożyciel Wolnych Związków Zawodowych, uczestnik strajków w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku. Dziennikarz i publicysta.



POLECAM .: http://www.youtube.com/watch?v=_Lcjbf_LGmI&feature=related


Henryka Krzywonos na wystawie z okazji 30-lecia „Solidarności" karciła związek zawodowy, za brak indywidualnego zaproszenia dla Lecha Wałęsy.
http://www.tvn24.pl/1,1670589,druk.html
Pani Krzywonos stawia się w roli ducha „Solidarności", jednoosobowego, metafizycznego naczynia, które skupia w sobie treść potężnego ruchu z 1980 roku. Janusz Śniadek wyjaśnił, że indywidualnych zaproszeń nie wysyłano nikomu, no ale wieść poszła w świat.
W takim razie ja mam pytanie do Pani Krzywonos.
Dlaczego nie skarciła Pani Donalda Tuska 4 czerwca 2009 roku, na Wawelu, gdy na uroczystości z okazji 20 - lecia „Okrągłego Stołu" nie została zaproszona Anna Walentynowicz?
Czy może dlatego, że Donald Tusk, podczas swojego przemówienia to Panią właśnie mianował kobietą „Solidarności", a przemilczał (sic<img class=" />!) rolę Anny Walentynowicz?
http://www.mmkrakow.pl/5388/2009/6/4/...
Gdzie Pani była w 1989 roku, gdy Anna Walentynowicz klepała biedę i zmuszona była (UWAGA) do zawieszenia emerytury i powrotu do pracy na stanowisko suwnicowej*?
Donald Tusk wspomina, gdzie Pani była:
- 20-lecie wolności to także historia tych, których z nazwiska nie wymienię. To także Henia Krzywonos, dzielna, skromna tramwajarka. To ona w 1989 roku założyła jeden z pierwszych rodzinnych domów dziecka. Tak rodziła się nowa solidarność, solidarność ludzkich serc.
Cóż, jednym było dane zakładać rodzinne domy dziecka, a drugim dane było czuć się w Polsce jak w „bidulu", który zapomina o swoich bohaterach.
Czy sama z siebie zgłosiła się Pani do kampanii na rzecz Bronisława Komorowskiego, gdy w czerwcu 2010 roku na własną prośbę udzieliła Pani wywiadu Gazecie Wyborczej, krytykując Jarosława Kaczyńskiego, czy zrobiła to Pani za czyjąś radą?
http://wyborcza.pl/1,76842,8061119,Kr...
Czy „Solidarnością" nazywa Pani zaproszenie dla człowieka, który jako były TW Służby Bezpieczeństwa PRL, były Prezydent RP i laureat Pokojowej Nagrody Nobla ma wszystkiego pod dostatkiem, przy jednoczesnym zapominaniu o ofiarach PRL-u, które po 1989 roku zostały pozostawione same sobie, jak było w wypadku Anny Walentynowicz?
W ostatnich dniach Pani Henryka Krzywonos wyraziła żal, że na obchodach 30lecia Solidarności nie może przyjść Anna Walentynowicz -- łatwo jest się upominać o zmarłych, szkoda, że nie pamiętało się o nich za życia. Tak to jednak bywa z beneficjentami systemu -- hipokryzja połyka ich w całości i trawi w okamgnieniu. Jednak nawet jeśli się robi coś z głupoty, to także ponosi się za to odpowiedzialność.
Będziemy to Pani pamiętać.
Anna Walentynowicz zawsze wstawiała się za ludzi, którzy już się bronić nie mogli (np. bracia Kowalczykowie), Henryka Krzywonos wstawia się za ludźmi, którzy są luksusowymi członkami salonu. To oni potrzebują wstawiennictwa Krzywonos, czy Krzywonos potrzebuje pokazać swoją lojalność?
* Wiadomość zaczerpnięta z biografii Anna Solidarność, autorstwa Sławomira Cenckiewicza.






Czas "spontaniczności"


Polskie media mają nową bohaterkę. Wystąpienie Henryki Krzywonos podczas rocznicowego zjazdu "Solidarności" wywołało dawno niespotykany wybuch entuzjazmu u dziennikarzy. Medialne gwiazdy zachwyciły się słowami obrończyni Donalda Tuska, a jeszcze bardziej faktem, że jej "przemówienie było spontaniczne". Nowa ulubienica elit podobno nie konsultowała z nikim swoich działań i zabrała głos pod wpływem szlachetnego rozemocjonowania...
Przed swoim "spontanicznym" wystąpieniem Henryka Krzywonos przypadkowo rozmawiała z prezydentem Bronisławem Komorowskim i premierem Donaldem Tuskiem. Krótko potem udzieliła "spontanicznego" wywiadu w zaprzyjaźnionej z rządzącą partią telewizji. Następnie w całym kraju ruszyła spontaniczna promocja biografii Henryki Krzywonos, która - jak się okazało - (przypadkowo i spontanicznie?) właśnie została wydrukowana... Do ogólnopolskiej spontanicznej akcji promowania nowej książki - oprócz rozentuzjazmowanych dziennikarzy - spontanicznie przyłączyła się żona byłego prezydenta, Jolanta Kwaśniewska. Po ponad dwudziestu latach od spotkania przy "okrągłym stole" pojawiła się szansa na stworzenie nowego ruchu społecznego jednoczącego naszych medialno-politycznych aktywistów. Front Jedności Elit "Spontaniczność"...?




Krzywonos kłamie


http://plockaprawica.net/images/news/Wyszkowski.jpg  źródło: wyszkowski.eu/Krzysztof Wyszkowski


Henryka Krzywonos zarzuciła Jarosławowi Kaczyńskiemu, że skłamał twierdząc, iż podczas Wielkiego Strajku Lech Kaczyński wywierał presję na członków Komisji Ekspertów, by podporządkowali się woli strajkujących i zrezygnowali z projektu wypracowania ugody akceptującej ramy komunistycznego ruchu związkowego (CRZZ). Krzywonos (a także inni koncesjonowani przez dominujące media działacze) twierdzą, że pomiędzy MKS i strajkującymi z jednej strony, a doradcami z drugiej nie było żadnego sporu w kwestii żądania wolnych związków zawodowych.

Tadeusz Mazowiecki z kolegami przyjechali do Stoczni z zamiarem namówienia strajkujących do odstąpienia od postulatu nr. 1 czyli WZZ i zadowolenia się demokratycznymi wyborami w ramach CRZZ. Rozmawiałem z Mazowieckim zaraz po jego przybyciu do Sali BHP i wskazał mi właśnie taką granicę pisząc na kartce różne możliwości. Takie stanowisko doradców potwierdzają dokumenty dostępne w IPN. Wie to każdy, kto był wtedy w Stoczni i kto wykazuje minimalne zainteresowanie dla opublikowanych już opracowań tematu. Henryka spędzała w Stoczni sporo czasu, ale nie zawsze była w stanie, powiedzmy, rejestrować sytuację i musiałem nawet w takiej sprawie ostro interweniować.
Dlatego nie zwracam się do Henryki, a wzywam do zabrania głosu jej przyjaciela i sponsora - Bogdana Borusewicza, bo to on ustalał z Lechem Kaczyńskim sposoby nacisku na doradców. To Borusewicz nazwał doradców "różowymi pająkami" wskazując w ten sposób, że tylko niewiele różnią się od "czerwonych pająków", czyli komunistów. To Borusewicz (wspomagany przez Konrada Bielińskiego) na posiedzenie Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej tak ostro atakował doradców, że Bohdan Cywiński chciał natychmiast opuścić Stocznię. To Borusewicz z Jackiem Kuroniem (wspomagany przez Adama Michnika i całą Kuroniadę) już po strajku zwalczał doradców, jako ugodowców realizującym interesy własne, a nie Solidarności.

Henryka Krzywonos nie odróżnia lojalności wobec "Solidarności" od ambicji własnych, ale mam nadzieję, że Bogdan Borusewicz, Konrad Bieliński, Adam Michnik i inni będą mieli odwagę zaświadczyć, że Lech Kaczyński reprezentował wobec doradców stanowisko WZZ i KSS "KOR".






Władza nie uhonorowała zwykłych ludzi



Byli uczestnicy Sierpnia '80 związani teraz z Platformą Obywatelską i Partią Demokratyczną domagają się odebrania "Solidarności" prawa do organizowania kolejnych rocznic podpisania Porozumień Sierpniowych i przekazania go rządowi

http://www.naszdziennik.pl/data/20100901/photo/0bpo011.jpg


- Kłamca, kłamca, uwłaszczyliście się na naszej krzywdzie! - krzyczeli związkowcy NSZZ "Solidarność" do marszałka Senatu Bogdana Borusewicza oraz Bogdana Lisa, którzy przed historyczną bramą Stoczni Gdańskiej wygłaszali apel do władz państwowych o wzięcie odpowiedzialności za organizację obchodów Sierpnia '80.

Związkowcy na czele z Karolem Guzikiewiczem z NSZZ "Solidarność" Stoczni Gdańskiej przerwali konferencję prasową Bogdana Borusewicza, Bogdana Lisa (działacza Partii Demokratycznej) oraz Jerzego Borowczaka (radnego PO z Gdańska) po tym, jak w odczytanym apelu do rządu stwierdzili, że "jedyna oficjalna uroczystość zorganizowana w 30. rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych zakończyła się kompromitacją", a "obecna 'Solidarność' poza znakiem graficznym nie ma nic wspólnego z tradycjami Sierpnia i odwagą jego przywódców w stanie wojennym". - To jest przykre, że chce się zakłamać historię, właścicielem znaczka "Solidarność" jest sama "Solidarność" - mówił wzburzony Guzikiewicz. Związkowcy weszli w ostrą dyskusję z sygnatariuszami apelu. - Był pan w wojsku, jak my strajkowaliśmy - zwrócił się w pewnym momencie do Guzikiewicza Borusewicz. Związkowiec odparował marszałkowi, że ten zdradził ideały związku. Gdy historyczni przywódcy "Solidarności" chcieli się wycofać, związkowcy zaczęli za nimi krzyczeć: "Nie uciekajcie, uwłaszczyliście się na naszej krzywdzie!". Guzikiewicz tłumaczył potem dziennikarzom, że był w wojsku tak jak każdy młody chłopak w Polsce z uwagi na obowiązkową służbę wojskową.
- Nikt i nic, żadna siła na tym świecie nie odbierze nam prawa organizowania zjazdów, uroczystego zjazdu "Solidarności" i organizowania Mszy św. - stwierdził w Gdańsku przewodniczący NSZZ "Solidarność" Janusz Śniadek, reagując na apel m.in. Wałęsy i Borusewicza. Dodał jednak, że "nic nie stoi na przeszkodzie, by władze państwowe angażowały się w organizowanie uroczystości związanych z rocznicą Sierpnia". - Nie zrobili nic, a dzisiaj pisze się apele, że powinni byli jednak coś zrobić. Tak naprawdę marszałek Senatu to trochę pisze apel do samego siebie - zauważył Śniadek. - Któż ma przejawiać pewne inicjatywy i aktywność, żeby zorganizować coś godnego, jak nie on, tak bardzo związany z Sierpniem - mówił dalej Śniadek.
Nawiązując do pierwszego dnia obchodów, szef "Solidarności" podkreślił, że jest zniesmaczony tym, że psuje się atmosferę tego święta. - Nie uszanowano przy tym święcie ludzi, którzy ponieśli ofiarę; to święto powinno być pochyleniem głowy przed nimi, elity władzy powinny pochylić głowę - mówił Śniadek. - Elity nie uszanowały ludzi i to jest mój wielki ból w tym dniu - dodał. Krytycznie ocenił wystąpienie Henryki Krzywonos. - Jej wystąpienie na pewno nie było apolityczne, wystąpiła z pouczeniem, karceniem - zwrócił uwagę. - Pani Krzywonos została wykorzystana przez władze - stwierdził z kolei Guzikiewicz. - "Solidarność" musi być niezależna od władzy, a Krzywonos jest zaangażowana politycznie w Platformie Obywatelskiej w Gdańsku - dodał.
- Myśleliśmy, że ta rocznica będzie łączyć.... - ubolewał Karol Guzikiewicz, wskazując, że podczas strajku "Borowczaka tu nie było, a Borusewicz pukał się w głowę, co ta młodzież chce".
- Trudno mieć pretensje, że ludzie się tak zachowują - mówił Śniadek, odnosząc się do gwizdów po przemówieniu premiera Donalda Tuska podczas zjazdu "Solidarności". Zwrócił uwagę, że gdy premier wyszedł na mównicę, powiedział, iż mamy dwie "Solidarności", a tuż przed wystąpieniem oglądał film o jednej "Solidarności". Wczorajsze wystąpienie premiera od początku było prowokacją - uważa Guzikiewicz.
W ramach obchodów 30. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych na placu Solidarności w Gdańsku została odprawiona Msza św. dziękczynna. Uczestniczyło w niej około trzech tysięcy osób, na czele z władzami NSZZ "Solidarność", przedstawicielami związku z całego kraju. Nabożeństwo koncelebrowało kilkunastu biskupów pod przewodnictwem Prymasa Polski ks. abp. Józefa Kowalczyka.
W homilii metropolita gdański ks. abp Sławoj Leszek Głódź powiedział, że należy dziękować za "Solidarność", za jej etos pracy, za trwanie przy wartościach ojczystych i tradycji narodowej.
- Ale trzeba zapytać: czy skończył się czas budowania wolności i czy ten dom jest domem sprawiedliwości? - pytał ksiądz arcybiskup. - Nie skończyła się misja "Solidarności" w 1989 r., bo nie ma wolności bez sprawiedliwości, tak jak nie ma sprawiedliwości bez wolności. Nie ma też wolności i sprawiedliwości bez solidarności - dodał.
Metropolita gdański wspomniał zmarłych tragicznie w katastrofie pod Smoleńskiem. - Zginęli w niej także ludzie "Solidarności", prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Lech Kaczyński służył jej od początku - podkreślił. - Zabiegał, aby Polska stała się nie tylko domem, ale domem sprawiedliwym. Na drodze napotkał także wiele niegodziwości, często nikczemnych ocen - dodał.
Wśród zgromadzonych oprócz transparentów związkowych widoczne były też dwa transparenty z hasłami: "Tu była zbrodnia" i "Gdańsk przeprasza za L. Wałęsę".
Po Mszy św. odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą zmarłemu w lipcu ks. prałatowi Henrykowi Jankowskiemu, byłemu proboszczowi kościoła Świętej Brygidy w Gdańsku, oraz Henrykowi Lenarciakowi, przewodniczącemu Komitetu Budowy Pomnika Poległych Stoczniowców.

Zenon Baranowski, Gdańsk



Zaskakujące sondaże



Nic tak nie zaskakuje jak obecny rząd oraz sondaże. Ten pierwszy z racji z tego że (prawie) nic nie robi. Dlatego dużo ciekawsze są sondaże. Przez media przetoczyła się ich kolejna fala. W ten oto sposób, chcąc nie chcąc, mogliśmy się dowiedzieć, że Polacy najbardziej ufają Bronisławowi Komorowskiemu (63 proc.). To może nie jest żaden news, ale już drugie miejsce zastanawia. Zajął je Grzegorz Napieralski (58 proc.). Toż to sensacja! W wyborach prezydenckich dostał coś koło trzynastu, ale ufa mu prawie sześćdziesiąt. Tak trwa ta maskarada zafundowana ludziom przez media. Przynosi ona zresztą wymierne korzyści. Może zapomnimy o podwyżce VAT? Albo o obiecanych autostradach? Ale to jeszcze nic! Poczekajmy do kolejnych sondaży przedwyborczych i wyborów, kiedy to po raz kolejny dojdzie do "zaskakujących" rozstrzygnięć.


Cejrowski o Komorowskim i Tusku


http://www.youtube.com/watch?v=d3IH9opS1tc&feature=player_embedded



Chciałbym widzieć minę marszałka Niesiołowskiego w momencie, gdy Janusz Palikot odejdzie z PO i utworzy własną partię. Ciekawe, co wówczas o nim powie i czy nie będzie nazywał szkodnikiem kogoś, kto powoduje rozłamy w Platformie.
Jeśli chodzi o ocenę tego, kto jest szkodnikiem, to można brutalnie powiedzieć: większym szkodnikiem jest pan, panie wicemarszałku!



Szkodnikiem jest Niesiołowski



Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w obszarze polityki w Instytucie Sobieskiego, rozmawia Paulina Jarosińska

Czy wypowiedź Stefana Niesiołowskiego dla weekendowego wydania "Rzeczpospolitej", w której mówi on m.in., że największym szkodnikiem życia politycznego w Polsce jest Jarosław Kaczyński, zwiastuje styl, w jakim będzie prowadzona jesienna kampania Platformy Obywatelskiej przed wyborami samorządowymi?
- Aktualnie Platforma Obywatelska ma poważny problem, ponieważ straciła głównego wroga, czyli Lecha Kaczyńskiego, na którego mogła zrzucić swoje porażki. W chwili obecnej w sposób oczywisty takim wrogiem staje się Jarosław Kaczyński, który nawet jak milczy, to i tak robi źle. Mówiąc delikatnie: cokolwiek zrobi Jarosław Kaczyński i politycy PiS - będzie według PO złe. Jeśli chodzi o samą Platformę, to poza oficjalną twarzą, jaką jest premier, mamy obecnie do czynienia z takimi dwiema twarzami, a mianowicie "dobrego" i "złego" policjanta. Otóż złym policjantem jest poseł Janusz Palikot - to pozostawię na razie bez komentarza. Natomiast dobrym jest profesor Stefan Niesiołowski, wicemarszałek Sejmu. Cały wywiad jest według mnie po prostu taką formą intelektualnej zaczepki, próbą pewnej prowokacji do komentarza medialnego. W Polsce obecnie modny jest dialog medialny między politykami. Za pośrednictwem dziennikarzy przekazują oni komunikaty będące wyrażeniem oceny wystawianej sobie nawzajem. To może wydawać się zabawne, ale ta zabawa trochę za długo trwa i w mojej ocenie to jest bardzo mało skuteczne i mało poważne.

WIĘCEJ .: http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100831&typ=po&id=po61.txt



Pani Aniu, dziękujemy za Pani życie...


Dr Sławomir Cenckiewicz


Pozostała sobą. Wybrała prawdę. To dlatego skromną Anię Lubczyk wywyższono do godności historycznego imienia - "Anna Solidarność". Może właśnie dlatego skupiało się na niej tyle pogardy. Ten, którego Anna Walentynowicz kochała bardziej niż kogokolwiek - Ojciec Święty Jan Paweł II - do trzech podstawowych cnót chrześcijańskich: wiary, nadziei i miłości, dodał również solidarność. Jego słowa stały się dla niej imperatywem działania.



Był czwartek, 15 sierpnia 1929 roku. W liczącym 40 tys. mieszkańców Równem na Wołyniu wielkie święto religijno-państwowe. W tym symbolicznym dla Polski dniu, w ubogiej rodzinie Aleksandry i Jana Lubczyków, urodziła się Ania. Była ich drugim dzieckiem. Kilka lat wcześniej urodził się syn Andrzej.
Świat małej Ani zawalił się, kiedy miała zaledwie 10 lat. Ojciec zginął, walcząc z Niemcami w wojnie obronnej we wrześniu 1939 roku. Niedługo po tym na zawał serca zmarła jej mama. I znów kolejna tragedia. Po zajęciu Równego Sowieci zaprowadzili nowe porządki. Zamknęli szkoły, dlatego w 1940 r. Ania zakończyła edukację na niepełnych pięciu klasach szkoły powszechnej. Sowieci zaaresztowali grupę dorastających chłopców, w tym również starszego brata Ani - Andrzeja. Zaginął na zawsze.

Z Matką Bożą do stoczni


Anna Lubczyk została sierotą. Trafiła pod opiekę sąsiadów - kresowych ziemian, którzy z czasem przenieśli się z Równego do Tłuszcza pod Warszawą, a później, już w 1945 r., w okolice Gdańska. Ci, którzy uratowali życie małej Ani, jednocześnie uczynili z niej służącą, wręcz niewolnicę. Była poniżana, bita i głodzona przez swoich "opiekunów". Szczególnie zapadły jej w pamięć wigilie Bożego Narodzenia, które nierzadko spędzała w oborze ze zwierzętami. Istniała naturalna pokusa, by wiarę skojarzyć z postawą ciemiężycieli i ostatecznie ją odrzucić. Jednak Ania na swój sposób nigdy nie przestała się modlić. Po latach mówiła, że odkrywana wciąż na nowo wiara w Boga pozwoliła jej przetrwać. Była na tyle silna, że w 1945 r. zdecydowała się uciec. Pracowała dorywczo na roli, w piekarni i jako opiekunka do dzieci.
W 1950 r. Anna Lubczyk została zatrudniona w Gdańskich Zakładach Przemysłu Tłuszczowego "Amada". "Bogu dziękowałam za ogromną łaskę i cierpliwość, jaką do mnie miał. Byłam nikim, a teraz jestem robotnicą, robię ważną rzecz" - pisała w pamiętnikach.
W "Amadzie" nie popracowała długo. Przypadkowo pojawiła się szansa zatrudnienia w Stoczni Gdańskiej. "Nie spałam całą noc. Modliłam się do Matki Boskiej Ostrobramskiej i całą noc drżące serce w mej piersi: czy tylko przyjmą mnie do tej stoczni, czy tylko przyjmą. Ale Matka Boska wysłuchała mnie i w listopadzie 1950 roku przyjęto mnie na kurs dla spawaczy" - opowiadała w 1980 roku.

Przeciw aborcji

Życie Anny Lubczyk tylko pozornie się unormowało. W dalszym ciągu walczyła z trudami życia. Nie miała swojego mieszkania. W dodatku spotkała ją nieszczęśliwa miłość... Już w 1950 r. zakochała się w koledze z pracy. Planowali wspólną przyszłość. Kiedy Anna zaszła w ciążę, Ryszard zaczął jej unikać. Nadużywał alkoholu i spotykał się z inną dziewczyną. Trauma zdrady i odrzucenia. Tamte chwile w przejmujący sposób opisała w swoich pamiętnikach: "Postanowiłam wówczas, że wychowam dziecko sama, w miłości do ludzi i Ojczyzny. Niczego już dla siebie nie potrzebuję. Trudna to była decyzja. W tamtych czasach, na początku lat pięćdziesiątych, panna z dzieckiem musiała mieć wiele sił i odwagi. Nie zastanawiałam się nad możliwością usunięcia ciąży. (...) Weszłam do kościoła. Tam - długa rozmowa z księdzem, który najpierw mnie groźnie zbeształ, a potem powiedział: - Nie martw się. Poniosłaś wiele ofiar i wiele przecierpiałaś, urodzisz zdrowe dziecko. Do takich jak ty Matka Boża biegnie w jednym pantofelku. Oddaj się Jej w opiekę. Zaczynałam kochać to moje nienarodzone. We wrześniu 1952 r. przyszedł na świat mój syn. Pojawił się w moim życiu maleńki, bezradny, i miał tylko mnie. Ja miałam go żywić i ubierać, uczyć pierwszych słów i kroków, dać mu miłość i poczucie bezpieczeństwa. Cieszyłam się i bałam równocześnie".
Anna Lubczyk dzieliła życie między syna i stocznię. W komitecie partyjnym kiwali głowami i mówili: "Jest z was dobry człowiek, ale niestety mówi przez was wróg. I namawiali mnie, żebym wstąpiła do partii. Nie chciałam". "W Boga wierzę" - odpowiedziała nagabującym. "Zapisz się, awansujesz - powiedzieli. - A do kościoła możesz dalej po cichu chodzić". Odmówiła.

Krzyże choroby

W 1964 r. Anna postanowiła wyjść za Kazimierza Walentynowicza - ślusarza z tego samego wydziału Stoczni Gdańskiej. Pobrali się 26 września 1964 r. w kościele parafialnym pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego w Gdańsku Wrzeszczu. Kazimierz dał swoje nazwisko dwunastoletniemu Januszowi. Był dla niego jak najlepszy ojciec. Jednak radość pierwszego okresu małżeństwa przerwała po roku informacja o poważnej chorobie Anny. Werdykt lekarzy brzmiał jak wyrok. Nowotwór, choć we wstępnej fazie, przekreślił marzenia o dzieciach. Anna zdecydowała się na operację, po której przez pół roku przebywała na zwolnieniu lekarskim.
Krótko po Grudniu '70 na Annę Walentynowicz spadły kolejne cierpienia. Tym razem jej mąż Kazimierz poważnie zachorował. Lekarze zdiagnozowali u niego nowotwór, który był wynikiem warunków, w jakich pracował w stoczni. Anna przez cały czas opiekowała się mężem. Sytuacja była na tyle poważna, że w lipcu 1971 r. zwróciła się z prośbą o urlop bezpłatny z powodu "bardzo ciężko chorego męża". Kazimierz zmarł w październiku 1971 roku. Anna znów została sama. Wykonała dla niego nagrobny krzyż. Zespawała z solidnego żelaza i pomalowała. Symbolem tej wyjątkowej miłości pozostała na zawsze obrączka, której Anna Walentynowicz nigdy z palca nie zdjęła.

W Wolnych Związkach Zawodowych

Dzielnie znosiła nowe krzyże. Wiele się modliła. To wiara dawała jej coraz to nowe siły. W 1978 r. wstąpiła do Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Działalność antykomunistyczną godziła z pracą w stoczni. Zaczęły się represje. Początkowo bardzo się bała. Pytała samą siebie, czy jest w stanie znosić represje i deptanie godności. Tak o tym pisze w swoich wspomnieniach: "Po tym pierwszym aresztowaniu pobiegłam z płaczem do Gwiazdów: - Ja chyba muszę zrezygnować z działalności. Nie umiem z nimi rozmawiać, są tacy podstępni i brutalni. Ja jestem taka dumna z tego, że jestem z wami, a muszę to ukrywać, żeby komuś nie zaszkodzić. Andrzej położył mi dłoń na ramieniu: - Skoro cię aresztują, to znaczy, że oni się ciebie boją. A jeśli obawiasz się, że możesz powiedzieć za dużo - nie mów wcale. Andrzej - jak zawsze - krótko i spokojnie umiał rozwiać moje wątpliwości. Już się nie bałam. Zaciskałam zęby i wiedziałam, że wytrzymam, że kiedyś musi się to skończyć". Wróciła do pracy i dalej robiła swoje. To wszystko doprowadziło do jej zwolnienia z pracy 7 sierpnia 1980 roku.

Walka o Mszę Świętą

W jej obronie 14 sierpnia zastrajkowali robotnicy Stoczni Gdańskiej. Po uratowaniu strajku 16 sierpnia 1980 r. (Lech Wałęsa ogłosił jego zakończenie) Anna Walentynowicz podjęła się misji zaproszenia do stoczni kapłana, który następnego dnia, w niedzielę, o godzinie 9.00 miał odprawić Mszę św. pod bramą stoczniową, w miejscu, w którym poniosło śmierć dwóch robotników w grudniu 1970 roku. Msza św. miała połączyć strajkujących z ludźmi zgromadzonymi pod stocznią. Jako że stocznia znajdowała się kanonicznie na terenie parafii św. Brygidy Szwedzkiej, strajkujący poprosili o pomoc proboszcza Henryka Jankowskiego, który przybył do stoczni krótko po godzinie 18.00 w sobotę, 16 sierpnia. Na dziedzińcu przed budynkiem dyrekcji stoczni wyraził on zadowolenie z zakończenia strajku i wezwał do rozejścia się do domów. Walentynowicz nie wiedziała wówczas, że wokół Mszy św. toczy się misterna gra komunistów i ich tajnych służb, w którą wciągnięto biskupa gdańskiego Lecha Kaczmarka. Negocjacje zakończyły się późną nocą (około godziny 3.00). Partyjny sekretarz, wojewoda i biskup gdański porozumieli się w sprawie Mszy św., choć jeszcze z rana 17 sierpnia delegacja z Walentynowicz na czele kursowała między kurią, urzędem wojewódzkim a kościołem św. Brygidy, przełamując ostatnie przeszkody. Punktualnie o godzinie 9.00 przy ołtarzu polowym na terenie Stoczni Gdańskiej im. Lenina proboszcz parafii św. Brygidy odprawił Mszę Świętą. Uczestniczyły w niej tysiące osób - strajkujący robotnicy oraz rzesza ludzi zgromadzona za bramą. "Płakałam, bo jeszcze nigdy nie przeżywałam tak głęboko radości z uczestniczenia w nabożeństwie; cieszyłam się za tych wszystkich, którzy powrócili do Boga; czułam ogromną ulgę, że udało się pokonać 'tor przeszkód' i wymusić zgodę tych, co rządzą, na odprawienie Mszy Świętej w stoczni" - wyzna później Walentynowicz.

Pan Jezus w portmonetce


Wielkie zwycięstwo Sierpnia '80 nie zakończyło cierpień Anny Walentynowicz. Jej szlachetność i niezłomność były niewygodne dla władz, bezpieki, a nierzadko również dla kolegów z NSZZ "Solidarność". W kwietniu 1981 r. Prezydium Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" w Stoczni Gdańskiej przyjęło uchwałę: "Z uwagi na nie wywiązywanie się z obowiązku członka Prezydium oraz niegodne reprezentowanie naszego Związku odwołuje się natychmiastowo kol. Annę Walentynowicz z Prezydium MKZ Gdańsk". Matkę Sierpnia '80 i "Solidarności" starano się usunąć z kierownictwa gdańskiej "Solidarności". Anna Walentynowicz miała poczucie wielkiej krzywdy. Nastrój przygnębienia potęgowały później wieści o zamachu na Jana Pawła II (13 maja 1981 r.) i śmierci Prymasa Stefana Wyszyńskiego (28 maja 1981 r.). Gorycz upokorzenia i swoje krzywdy ofiarowała Panu Bogu. Mówiła o tym z przejęciem na spotkaniu w Gorzowie Wielkopolskim w czerwcu 1981 roku. Jej przemówienie zarejestrowała na taśmie bezpieka: "Jedynym moim argumentem i to, co mnie trzyma, to jest obrazek Jezusa, który zawsze noszę przy sobie w portmonetce. Kiedy jej używam, otwieram i mówię: Boże, uczyń moją twarz nieczułą na oszczerstwa. Jeżeli ten Człowiek potrafił znieść wszystkie obelgi, pluto na Niego, bito Go, policzkowano, a On powiedział: 'jeśli mówię nieprawdę, to mi udowodnij, a jeśli nie, to dlaczego mnie bijesz'. Zawisnął na krzyżu najniewinniejszy z niewinnych".
"Ofiarować swoje krzywdy Panu Bogu i cierpieć dla Chrystusa" - to jej życiowe credo, które zwłaszcza w okresie stanu wojennego i kolejnej fali prześladowań stało się dla niej jak zbroja. Wracała do tego często po wyjściu z internowania (w lipcu 1982 r.) i więzienia (w marcu 1983 r.). Na początku czerwca 1983 r. na zaproszenie zmarłego w ostatnim czasie ks. Leona Kantorskiego odwiedziła parafię św. Krzysztofa w Podkowie Leśnej. Zafascynowani jej postawą ludzie próbowali dociec, skąd w niej tyle siły, odwagi i nadziei. "Moją nadzieją jest wiara" - odpowiadała.

Więź z księdzem Jerzym

Uważała, że ma dług do spłacenia wobec tych wszystkich, którzy podczas jej uwięzienia otaczali ją modlitwą i publicznie jej bronili. Kiedy krótko po wyjściu z więzienia dowiedziała się, że w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie ks. Jerzy Popiełuszko odprawia Msze św. w intencji Ojczyzny, uznała: "Mnie też nie może tam zabraknąć". Jak pomyślała, tak zrobiła. Zaprzyjaźniła się z niepokornym kapłanem z Żoliborza. "Rozmowy z ks. Jerzym sprawiały mi ogromną radość, dodawały sił i woli działania" - wspominała. "Wzmocniona duchowo, wędrowałam dalej".
Do przyjaźni tej przywiązywała szczególną wagę. Dlatego kiedy dowiedziała się o jego zaginięciu, od razu pojechała do Warszawy. Większość czasu przebywała w kościele św. Stanisława Kostki, gdzie razem z Sewerynem Jaworskim, Zbigniewem Romaszewskim i Januszem Onyszkiewiczem angażowała się w powstanie Komitetu Przeciwko Przemocy, który miał m.in. pomóc w odnalezieniu kapelana "Solidarności". Od początku nie miała wątpliwości, że za porwaniem stoją władze PRL, które ustami Jerzego Urbana określały zamordowanego kapłana mianem "natchnionego politycznego fanatyka" i "organizatora sesji politycznej wścieklizny". Była wstrząśnięta: "Starałam się odsunąć od siebie najgorsze przeczucia. Może jeszcze żyje, może można mu pomóc! Trzeba otworzyć świątynie, modlić się w nich nieustannie w jego intencji, czuwać... Pojechałam do Warszawy. W kościołach - tłumy, Msze Święte co godzinę. W dzień i w nocy gorące modlitwy... Po kilku dniach już wszyscy wiemy, że nie żyje. Zamordowany bestialsko, ze zwierzęcym okrucieństwem. Zostałam w Warszawie do Jego pogrzebu. W ciągu tych wypełnionych bólem dni wielokrotnie wracałam wspomnieniami do naszych spotkań".
Myślała, że w społeczeństwie i podziemiu nastąpi jakaś zasadnicza zmiana w postrzeganiu dyktatury Jaruzelskiego. Miała nadzieję, że ten bestialski mord ukaże ludziom prawdziwą naturę komunizmu, a wielu działaczy "Solidarności" pozbawi złudzeń na możliwości porozumienia z "władzą ludową". Nawet w tym czasie Wałęsa nawoływał do stworzenia "warunków do rozpoczęcia dialogu" z władzą. Kwestionowała takie stawianie sprawy. Nie była zwolenniczką organizowania "marszów na komendy milicyjne", ale uważała, że ofiary księdza Jerzego nie należy wikłać w polityczne projekty porozumienia z komunistami. Nie chciała dopuścić do relatywizowania i pomniejszenia ofiary księdza Jerzego. Uważała, że obowiązkiem kierownictwa podziemia "Solidarności" jest zorganizowanie wielkiego społecznego protestu przeciwko reżimowi, przełamanie społecznej apatii i bierności. Pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki odbył się w sobotę, 3 listopada. Dla Anny Walentynowicz był jak droga krzyżowa. Przyrzekała sobie, że będzie kustoszem pamięci księdza Jerzego i propagatorem jego dzieła: "Jego śmierć odczułam jak stratę kogoś bardzo bliskiego. Do Suchowoli, rodzinnej miejscowości księdza Jerzego, zorganizowałam pielgrzymkę z Gdańska. Chciałam poznać jego rodziców i rodzeństwo, dzielić ich ból i rozpacz. Dzięki solidarnej postawie przyjaciół księdza Jerzego sprowadziliśmy z Podhala maszyny rolnicze, nieprzydatne w warunkach górskich, przeprowadziliśmy remont jego rodzinnego domu. Tyle można było zrobić dla żywych, a Jemu przyrzekłam kontynuować dzieło, za które oddał życie".
Anna Walentynowicz postanowiła, że przyczyni się do budowy pomnika ks. Jerzego Popiełuszki w jego rodzinnej Suchowoli. Poświęciła się zbieraniu środków finansowych na jego budowę. Najbliższymi towarzyszami tej niełatwej misji było małżeństwo Janiny i Szymona Mirerów. Już po śmierci Szymona Janina Natusiewicz-Mirer (również zginęła 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie smoleńskiej) namówiła Annę Walentynowicz do założenia Fundacji Promocji Sztuki Sakralnej, która doprowadziła do końca sprawę budowy pomnika.
Pod koniec 1990 r. ziściło się wreszcie wielkie marzenie Anny Walentynowicz. Dzięki jej staraniom, ofiarności wielu ludzi i przychylności ludzi Kościoła w październiku 1990 r. w kościele parafialnym pw. św. Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli stanął ponad 2,5-metrowy pomnik ks. Jerzego Popiełuszki autorstwa Łucji Skomorowskiej. U stóp pomnika, na pamiątkowej tablicy wyryto słowa: "Pomnik powstał staraniem osób, które utworzyły Fundację Promocji Sztuki Sakralnej im. Szymona Mirera i Anny Walentynowicz". Był to jej symboliczny podpis pod przyrzeczeniem, jakie złożyła w 1984 r. nad grobem zamordowanego kapelana "Solidarności".

Czas znaczony walką o przetrwanie

Życie Anny Walentynowicz było jak ciągła walka, bez odpoczynku i bez kresu. "Kilka lat szarpałam się, żyłam tak, jak żyli inni, jeździłam po kraju i spotykałam się z ludźmi" - wspominała prawie dwadzieścia lat temu. "Znałam ks. Popiełuszkę i przeżyłam jego śmierć, robiłam głodówki, siedziałam w więzieniu za próbę zorganizowania strajku w pierwszych dniach stanu wojennego. Potem próbowałam wmurować na Śląsku tablicę w rocznicę masakry w 'Wujku', wcześniej internowano mnie w Gołdapi. Mam za sobą pobyt w więzieniach w Tczewie i Gdańsku, w szpitalu psychiatrycznym na Rakowieckiej, potem w Katowicach, Lublińcu, Bytomiu i w szpitalu więzienia Montelupich w Krakowie. Kilka straconych lat, o których mogłabym mówić długo i czasem nawet z ciepłem w sercu. Czas znaczony także walką o przetrwanie, dorywczą pracą przy zbiorze owoców i w ogrodnictwie".
Pani Aniu, dziękujemy za Pani życie i za wszystko, co Pani dla nas zrobiła. Polska o Pani nigdy nie zapomni!


Autor jest historykiem, autorem wielu prac naukowych i źródłowych, m.in. "Sprawa Lecha Wałęsy", Poznań 2008 (wyróżniona nagrodą w konkursie literackim im. Józefa Mackiewicza w 2009 r.), "Gdański Grudzień '70. Rekonstrukcja. Dokumentacja. Walka z pamięcią", Gdańsk - Warszawa 2009 oraz biografii Anny Walentynowicz "Anna Solidarność. Życie i działalność Anny Walentynowicz na tle epoki (1929-2010)", Poznań 2010, której fragmenty zostały wykorzystane w artykule.



Dzieciak doradza pani minister


http://www.tuskwatch.pl/




Czy w Polsce nie ma doświadczonych, kompetentnych fachowców, którzy mogliby doradzać minister zdrowia Ewie Kopacz? Wygląda na to, że nie. Od kilku miesięcy pani minister korzysta bowiem z płatnej pomocy 23-letniego studenta, który w dodatku zachowuje się jak dzieciak i na internetowym forum chwali się, że doradza minister i w wolnych chwilach… pluje kolegom do piwa.

Szymon Moś (23 l.) jest od kilku miesięcy jednym z sześciu doradców w gabinecie politycznym minister Kopacz z pensją zasadniczą ok. 4 tys. zł. Praca w ministerstwie jest jego pierwszym etatowym zajęciem. Jak tak młody człowiek stał się bliskim współpracownikiem i doradcą Ewy Kopacz? Okazuje się, że wcześniej Moś pracował na umowę-zlecenie w biurze poselskim… Sławomira Nowaka. Ze swojej nowej pracy student jest bardzo dumny. Chwali się nią w Internecie na jednym z portali społecznościowych. Wielokrotnie komplementuje tam swoją szefową, chwali jej wystąpienia, wywiady.

Napisał tam też o swoim prywatnym życiu, np. o wizytach w pubach. “Jestem w pubie Legii. Jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie to fakt, że kiedy koledzy nie widzą podpluwam im do piwa” - pisze Moś. Nie czepiamy się tego, że urzędnik dzieli się swoim życiem w Internecie. Ma prawo. Tylko czy takie wpisy o pluciu dodają powagi urzędowi Kopacz?

Zapytaliśmy w resorcie zdrowia, czy Moś ma właściwe przygotowanie do tak ważnego stanowiska, jakim jest doradzanie ministrowi? Jest odpowiedzialny m.in. za wystąpienia w mediach pani minister, za jej podróże zagraniczne, podczas których Ewa Kopacz spotyka się z bardzo ważnymi osobami.

- Pan Szymon Moś jest merytorycznie przygotowany do pełnienia swojej funkcji - odpowiedziano nam. Z wyjaśnień, które otrzymaliśmy, wynika, że ma on “bogate doświadczenie” zdobyte w organizacjach pozarządowych.

Nie ma się więc co czepiać Szymona Mosia? Chyba jednak nie wszystko jest w porządku. Zauważyła to po naszej interwencji najprawdopodobniej sama Ewa Kopacz. Z konta internetowego Szymona Mosia zniknął przed weekendem wpis o tym, że jest on doradcą Ewy Kopacz. Czy 23-letni student doradca dojrzał do pełnienia odpowiedzialnej funkcji? Sądząc po jego wpisach w Internecie… (SuperExpress)

10 godzin temu
Dobranoc
10 godzin temu
też mam taką nadzieję, dobranoc wszystkim.<usmiech>
10 godzin temu
Na pewno nie skasowała,  jest jakis błąd na tym portalu.


Spijcie dobrze

zobaczymy jak jutro będzie

Pierwsza strona Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | ... Następna Ostatnia strona